znak IV Noc Krawculi



Data:
2005-07-1/2
Dystans:
10 km + :)
Trasa:
Żabnica-Skałka - Słowianka - Przełęcz Pawlusia - Rysianka. + :).
Uczestnicy:
Mariusz Bąk, Barbara Bialon, Dariusz Cegłowski, Iwona Chorzępa, Andrzej Czupryniak, Dominik Dziasek, Jakub Górny, Olga Gretka, Arkadiusz Jopert, Grzegorz Kapała, Krzysztof Kowalczyk, Marta Kowalczyk, Joanna Krykwińska, Marek Lenart, Jola Lorek, Daniel Mrózek, Maria Nawrocka, Mariusz Pańczyk, Łukasz Pawlusiak, Bartek Prychodko, Barbara Pytko, Szymon Rochowiak, Grzegorz Ryguła, Maciej Skiba, Stefan Sobiechart, Mariusz Sowa, Janusz Spays, Grzegorz Szczepaniak, Jacek Szczepański, Justyna Turczyn, Dawid Wiercigroch, Kamil Wocior, Tomasz Zieliński, Bartłomiej Żak.

Relacja:

Początek IV Nocy Krawculi miał miejsce w Żabnicy-Skałka. Na miejsce stawiła się ponad trzydziestoosobowa grupa śmiałków, której nie straszna była panująca aura. Deszcz dał już o sobie znać w piątkowe popołudnie i pozostał z nami do końca wędrówki. Ot taka zbieżność czasu - niestety na naszą niekorzyść.

O 20.30 rozpoczęliśmy wędrówkę, nie wiedząc jeszcze jakie już niebawem nastąpią zdarzenia. Po pół godzinie marszu czarnym szlakiem w kierunku Słowianki błędnie (za wcześnie) skręciliśmy ze szlaku, sądząc, że już powinniśmy być w miejscu, gdzie skręca ostrzej w górę. Niestety raz podjęta błędnie decyzja była powodem prawie 2 godzinnego opóźnienia w marszrucie jaką wyznaczyliśmy, gdyż już po całkowitym zapadnięciu zmroku szukaliśmy dobrego dojścia na Słowiankę. Dopiero po godzinie udało nam się z powrotem znaleźć szlak (to nic, że czerwony ze Węgierskiej Górki, ale ważne, że wiodący w dobrym kierunku) i przed 23 byliśmy "już" na Słowiance. Tam po posileniu się, wypiciu kilku łyków, jak zawsze pysznie smakującej w taki czas, ciepłej herbaty, o 23.20 ponownie ruszyliśmy na szlak.

Dalsza trasa IV Nocy Krawculi wiodła czerwonym szlakiem w kierunku schroniska na Hali Rysianka. Deszcz cały czas nas nie opuszczał, toteż marsz jak nigdy dotąd przebiegał w dość ponurej atmosferze, bo każdy z jego uczestników myślał, kiedy lub jak bardzo przemokną mu buty, kiedy w końcu przestanie padać lub dlaczego nie leże sobie słodko w łóżku i śpię:). Ale nie, nie - te myśli od razu były przerywane naszym zapałem i chęcią wędrówki nocnym beskidzkim szlakiem, który tej nocy stał się dla nas wyjątkowo nieprzyjazny.

Bo można by tu pisać o tych, co powyżej kolan wpadli w błoto, o tych, co urwali sobie ramiona plecaka, co potargali sobie spodnie, peleryny, itp. O tych, co w chlupoczących butach szli ciągle do przodu, i co dzielnie stawiali każdy krok, bo przybliżał ich do celu. Ale czy każdy z nas właśnie między innymi dla tych "możliwości" nie szedł z nami? By przeżyć ten czas wśród osób, które podobnie jak oni sami, chcieli zmierzyć się z nocną wędrówką i poznać uroki tego typu marszów.

Do Rysianki doszliśmy nie bez przeszkód o 2 w nocy. Na miejscu czekała nas przemiła obsługa schroniska w postaci... Darka Cegłowskiego - gospodarza bacówki na Rycerzowej. Dzięki uprzejmości kierownika schroniska na Hali Rysianka, zostaliśmy uraczeni ciepłą herbatką a przede wszystkim ciepłym miejscem do chociaż "wstępnego" wyschnięcia. Po raz kolejny jesteśmy bardzo wdzięczni za ciepłe przyjęcie uczestników IV Nocy Krawculi, bo podczas I Nocy Krawculi również miło zostaliśmy ugoszczeni.

W schronisku przyszedł czas na podjęcie trudnej decyzji, bo 2/3 uczestników IV Nocy Krawculi zdecydowało pozostać w schronisku. Warunki atmosferyczne skutecznie zniechęciły jak i uniemożliwiły co poniektórym dalszą wędrówkę. Nie mniej 10 śmiałków postanowiło pójść dalej, i o 3.30 ruszyli dalej w kierunku Trzech Kopców i Krawcowego Wierchu.

Tu muszę przerwać dalszy opis IV Nocy Krawculi, gdyż nie dane mi było dojść do jej końca, więc nie mogę pisać nic więcej. Proszę jednak te osoby, które doszły na Rycerzowi o podesłanie do mnie relacji z dalszej części wędrówki.

Na koniec chciałbym serdecznie podziękować wszystkim uczestnikom IV Nocy Krawculi za wspólną wędrówkę, za okazaną cierpliwość, wyrozumiałość i gorąco zaprosić na wrzesień - V Noc Krawculi :).



Po opuszczeniu gościnnych progów schroniska na Rysiance udaliśmy się w stronę Trzech Kopców. Wtedy po raz pierwszy padło określenie "Mutanci". Hmmm... Miało to coś wspólnego z rzeczywistością. Opuszczeni przez swych "stwórców" podążaliśmy sztywno w przemoczonych butach za Darkiem - gospodarzem schroniska na Rycerzowej.

Wgryzając się w korę drzew, grzebiąc rannych i zacierając ślady... zaraz... to nie ten rajd.

Na Trzech Kopcach zastało nas pianie kura (dla niewtajemniczonych wyjaśnię że jest to ten czas kiedy wraca się z knajpy śpiewając bez trzymania linii melodycznej "Bo jutro znów idziemy na całość..."). Schodząc za wspomnianej górki stopniowo wyłączaliśmy czołówki. Tempo które narzucił Darek nie pozwalało na cieszenie się walorami piękna ściany deszczu. Kontury drzew śmigały po obu stronach szlaku niczym oglądane zza szyby pociągu relacji Warszawa Mokotów - Bździochy Górne. Jednak to właśnie tempo pozwoliło na osiągnięcie bacówki na Krawcowym Wierchu krótko przed godziną 6.00. Szybka decyzja i postanawiamy odpocząć 2 godziny.

Marek rozpala ogień w kominku (w ramach rewanżu ogień parę minut później wypala mi dziurę w polarze). Wesoło snuje się para wodna z suszonej garderoby. Dwie osoby zaliczają zgon w stołówce po konsumpcji "Syropu Od Kaszlu". Nie nadaremno specyfik był używany przez pierwotnych Egipcjan jako płyn do balsamowania zwłok. Jedna z nich (Jacek) przed pogrążeniem się w nieświadomości wykrzykuje coś o miłości do gór.

O 8.00 deszcz powoli ustępuje. Zapach osuszanych skarpet zwabia do stołówki wygłodniałych gości schroniska. Po dramatycznej walce na widelce i puszkę paprykarzu szczecińskiego zostajemy zmuszeni oddać stół i dwie ławki. Po wycofaniu się na "z góry upatrzone pozycje" zaczynamy rozbudzać nasze zwłoki.

Deszcz się kończy, my jeszcze nie. Jeszcze tylko chwila walki o ustrzelenie kota i Heja. Mijani turyści dziwnie patrzą na nas (ich wzrok wyraża pytanie "Padało? Dziwne?". Dramatyczne (jak dla mnie) zejście do Glinki. Żegnamy towarzyszy (obojga płci) podróży który rezygnują z dalszego marszu. Pierwszy, po dłuższym czasie, kontakt z cywilizacją następuje w miejscowym sklepie. Sprzedawczynie hamują odruch uniesienia rąk do góry i pozwalają nam się rozejrzeć po sklepie. Nasz wzrok odnajduje zapomniane kształty: puszka piwa, czekolada, kobieta za ladą.

Po uzupełnieniu zasilania do respiratorów heja dalej. Zostaje nasz szóstka. Droga do Sobolówki upływa na tematach lekkich, łatwych i przyjemnych typu "Kiedy jest jutro skoro zawsze jest dziś". Kolejny postój w Sobolówce i przygotowania przed ostatnim wysiłkiem. Pozostaje tylko wdrapać się na Rycerzową. Zmęczenie daje znać o sobie. Zaczynają się sprawdzać się słowa apokalipsy wg Stulpicjusza werset 15 "A wiewiórki będą rzucać w nich szyszkami...". Po trudzie i znoju docieramy do schroniska na Rycerzowej. Jedna osoba z naszej szóstki postanawia iść dalej. Patrzę na niego z zazdrością. Może gdybym miał baterie Duracela... To tyle.

Z tego miejsca chciałem podziękować wszystkim z którymi dane mi było spotkać się na tej sielankowej wycieczce, a szczególnie uczestnikom końcowego ogniska. Dziękuję organizatorom (mimo paru potknięć), bez których nie doszłoby do tego spotkania. I muszę na tym miejscu przytoczyć słowa Darka (któremu dziękujemy za wspaniałą gościnę na Rycerzowej) "I o to chodzi...". A wiatr jeszcze długo niósł po górach niebanalną piosenkę "Przy ognisku, przy ognisku..."


  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
  • Kliknij  aby  powiększyć
Autor zdjęć:
Grzegorz Szczepaniak


IV Noc Krawculi za nami. Wiele by o niej można było pisać, i każdych słów będzie mało. Mało, bo pierwszy raz... bo właśnie za wiele było tych pierwszych razów.

Pierwszy raz, już na początku marszu, organizatorzy źle poprowadzili grupę, i tym samym straciliśmy 2 h, większość przemoczyła już buty, a ciągle padający deszcz dopełnił całości.

Pierwszy raz właśnie trafiliśmy, żeby nie napisać dosadniej, idealnie "wbiliśmy się" w załamanie pogody, które dokładnie towarzyszyło nam od początku do końca marszu.

Pierwszy raz także nie udało na się w całości dojść do końca zaplanowanej trasy. Pogoda wygrała z nami, bo tylko 10 osób zdecydowało się na dalszą wędrówkę. I niech w tym miejscu ucichną wszelkie złe słowa, że tak się stało, bo decyzja nie tyle o przerwaniu, co rozłączeniu grupy była bardzo trudna i podjęcie jej było dla organizatorów naprawdę bolesne. Wygrały nasze ludzkie słabości, które jak wiele rzeczy tego dnia, wyjątkowo skumulowały się w swej sile. Z tego miejsca przepraszamy za wynikłą sytuację i za to, że Was zawiedliśmy.

Grzegorz i Szymon
organizatorzy   
1
Do góry
WebDesign & Copyright © 2006-2011 by Szymon Rochowiak